Łukasza poznałam jakiś czas temu. Jego słynne mieszkanie w kamienicy na gdańskiej starówce widziałam najpierw na zdjęciach. Po pierwszej wizycie byłam zachwycona, oczarowana, zaskoczona. Serio. To na zdjęciach wszystko zazwyczaj wygląda lepiej – odpowiednie światło, dobry kadr, uchwycone jedynie wycinki rzeczywistości. Znamy to. Tymczasem na żywo całość wyglądała tak samo dobrze i, co zdziwiło mnie najbardziej, stwierdziłam od razu, że mogłabym tu zamieszkać. Ja – miłośniczka skandynawskiej bieli, harmonii i mebli ze szwedzkiej sieciówki.

Takie też było jego założenie – każdy ma się czuć w tym mieszkaniu jak u siebie w domu. Udało się je zrealizować w 100%.

Paulina: Jak trafiłeś do Gdańska?

Łukasz: W pracy pojawiła się możliwość awansu. Wiązało się to jednak z porzuceniem studenckiego Torunia i przeniesieniem się do Gdańska. Zastanawiałem się dwa dni, dokładnie 48 godzin. Szybka kalkulacja. Dostaję w pakiecie morze, dobry dojazd do rodzinnego domu (Gdańsk-Elbląg to jakieś 55 km), szansę na rozwój i życie w potrójnym mieście, gdzie właściwie każda zachcianka jest na wyciągnięcie ręki. Zastanawiałem się jedynie, gdzie będę mieszkać. Wtedy mój ojciec stwierdził, że najwyższy czas na zakup własnego mieszkania. Problemem okazała się cena – tutaj mieszkania są o wiele droższe niż w Toruniu czy Elblągu. Na przeprowadzkę miałem cztery tygodnie… Traf chciał, że pierwsze obejrzane mieszkanie (na obrzeżach Gdańska) spełniło moje wszystkie wymagania. Znajdowało się na pierwszym piętrze, posiadało dwa pokoje na 40m² i miało dwustronny rozkład. Mieściło się też w zakładanym budżecie, więc padła decyzja o zakupie.

Jak je urządziłeś?

Typowo nowocześnie. Biała kuchnia, metalowe szafki. Dzięki dodatkom nabrało loftowego charakteru.

Ale marzyłeś o mieszkaniu w centrum?

Tak. Bardzo szybko okazało się, że mieszkanie na uboczu nie jest rozwiązaniem dla mnie. Rozpocząłem więc poszukiwania czterech kątów w centrum… ścisłym centrum… właściwie to na Starym Mieście. Jednak ceny przekraczały moje możliwości. I tak poszukiwania trwały prawie pół roku. Dziesiątki obejrzanych kamienic, setki poznanych ludzi, aż nagle telefon od mojej agentki nieruchomości: „Słuchaj, przychodź, mam coś dla Ciebie”. Jak się okazało, mieszkanie w kamienicy z 1890 roku, 51 m², dwa przejściowe pokoje, kuchnia i malutka toaleta, w której nie było nawet miski sedesowej.

A Twoje wrażenia?

Mieszkanie od razu wzbudziło we mnie dobre emocje. Padła decyzja o zakupie. Koszt to 217 000 zł, więc całkiem dobry wynik. Pamiętam swój pierwszy telefon do siostrzenicy: „Marta, od teraz na piwo będziemy chodzić w kapciach”. Trzeba było zająć się remontem.

Nie wierzę, że się nie przestraszyłeś…

Na szczęście miałem już wybraną zaufaną ekipę remontową. No i zaczęło się z wielkim hukiem. Wynoszenie mebli, wyburzanie ścian, zrywanie kasetonów i nagle… suprise! Panowie z firmy Buduj i Remontuj wyburzyli ściany przed zdjęciem gumolitu z podłóg, żeby narobić mniej bałaganu. Wydawało się to bardzo mądrą decyzją. Po wszystkim gumolit miał być zwinięty i usunięty z mieszkania, ale… po podniesieniu gumolitu zobaczyliśmy sporych rozmiarów dziurę w podłodze, prowadzącą wprost do mieszkania niżej! Nie patrząc na dodatkowe koszty, trzeba było w pierwszej kolejności zająć się podłogą. Zbrojenie i kontrola stanu podłóg w pozostałych pomieszczeniach opóźniły remont.

Kiedy pojawiła się wizja aktualnego rozkładu mieszkania? Miałeś wszystko zaplanowane od razu, czy raczej konsultowałeś się z ekipą, brałeś pod uwagę ich wskazówki?

Od początku chciałem wyburzyć wszystkie ściany i stworzyć nowy rozkład. Beznadziejne dwa przejściowe pokoje doprowadzały mnie do szewskiej pasji. To strata przestrzeni. Chciałem mieć sypialnię, pokój gościnny. Poza tym salon z aneksem to rozwiązanie idealne do otwartego domu. Kiedy przychodzą goście, nie musisz biegać między kuchnią a pokojem i dzięki temu cały czas jesteś na imprezie. Co do garderoby – wpadłem na ten pomysł pod wpływem chwili. Po co wielka sypialnia, skoro część można przeznaczyć na garderobę i nie inwestować w szafy. W pierwszym mieszkaniu miałem ogromny przedpokój, a przecież to miejsce, gdzie tylko zdejmuje się buty. Po co zajmować przestrzeń? Wolałem zamiast tego większą łazienkę.

Po ustawieniu ścianek działowych uzyskaliśmy: salon z aneksem kuchennym o powierzchni 20 m², sypialnię 9 m², gabinet 7 m², przedpokój i pomieszczenie gospodarcze o łącznej powierzchni 3 m², łazienkę 7 m², a reszta to korytarz prowadzący do pokoi i malutka garderoba.

I mogłeś przejść do tej przyjemniejszej części, czyli urządzania. Poza dziurą w podłodze obyło się już bez niespodzianek i remontowych wpadek?

W miejscu pokoju gościnnego miała być sypialnia – mała, miało się w niej mieścić tylko łóżko. Ekipa postawiła ściankę, tworząc pokój o szerokości 143 cm, bo szerokość łóżka to 140. Nie wzięli pod uwagę tego, że materac będzie na ramie, a takie ramy mają minimum 147 cm szerokości. W związku z tym sypialnię trzeba było przenieść obok…

Skąd pomysł na taką aranżację? Inspirowałeś się czymś, przeglądałeś katalogi wnętrzarskie?

Nie było mowy o przeglądaniu katalogów. Wszystko było na tu i teraz. Kupując rzeczy w komisie meblowym trzeba raczej nastawić się na przypadkowość i łapanie okazji.

A od czego się zaczęło?

Pomysł na wystrój pojawiał się stopniowo. A zaczęło się od myśli, że to stara kamienica, pełna różnych historii i chcę zachować ten klimat. Wiedziałem w takim razie, że na pewno w grę wchodzą tylko meble z drugiej ręki. Wszystko miało sprawić wrażenie ciepłego domu, gotowego na przyjęcie gości. Meble i elementy wyposażenia zaczęły się pojawiać trochę z przypadku – tu jedna komoda znaleziona na śmietniku, tu krzesło spod opuszczonego domu w Toruniu, tu komplet jadalniany z komisu (stół i cztery zupełnie różne krzesła Mundus Thonet). Najbardziej zadowolony byłem z powieszonej w salonie kotwicy, którą przerobiłem na żyrandol. Kupiłem ją od rybaków na Helu, a kosztowała mnie całe 4… biedronkowe żuberki. Panowie lubili sobie usiąść wieczorem z puszeczką piwa i opowiadać morskie historie.

Czy podczas remontu i urządzania odwiedziłeś w ogóle jakiś sklep?

Komody są z Ikei. Wcześniej miałem szafy o wysokości ponad 2 m. Ale nie przyszło mi do głowy, że trzeba będzie je wnieść na 3 piętro, bez windy… Wąska klatka, kręte schody – nawet mniejsze meble zmieściły się na styk. Natychmiast sprzedałem szafy i kupiłem pojemne komody. Kolejna przeprowadzka nie będzie mnie kosztować tyle wysiłku. Teraz stawiam na mobilność.

Ściany ze starej cegły, ściana pokryta czarną farbą tablicową, sztuka sakralno-ludowa, nowoczesne grafiki z cytatami z filmów i książek, stare fotografie rodzinne, maszyna do pisania, figurka Buddy w łazience, kosmiczny blat kuchenny, rzeczy ze śmietnika, skórzana kanapa z OLX… Jak udało Ci się stworzyć spójną całość?

Blat to też przypadek. Nie planowałem takiego, ale pięknie błyszczał się w słońcu, kiedy byliśmy u kamieniarza. Od razu zwrócił moją uwagę. Okazało się, że jest najdroższy… Wydaliśmy kilka tysięcy, ale nie żałuję, bo wygląda rewelacyjnie.

Co do reszty, był taki moment, że bałem się, że nic ze sobą nie będzie współgrać. Spojrzałem na te wszystkie meble, pochodzące z różnych epok, w różnej kolorystyce, o odmiennej strukturze i nie wiedziałem do końca, co z tym zrobić. Ostatecznie, po uporządkowaniu całego mieszkania i porozstawianiu tych wszystkich śmietnikowych szafek i foteli, okazało się, że jest PETARDA! W mieszkaniu panuje spójny klimat. Wnętrza nie można skatalogować w żaden sposób, ale jest domowo. Każdy, kto tu przychodzi, właśnie tak uważa.

To się nazywa eklektyzm. Według mnie Twoje mieszkanie jest idealnym przykładem eklektyzmu. Pozornie niepasujące do siebie elementy tworzą spójną całość, a nie zbieraninę przypadkowych rzeczy. To mieszkanie z duszą, o indywidualnym stylu, które w dodatku doskonale oddaje Twoją osobowość. A wiesz, że eklektyzm jest ostatnio coraz bardziej popularny? Chciałeś uciec od trendów, ale i tak, mniej lub bardziej świadomie, do nich nawiązałeś. Zabawne, prawda?

Miałem wrażenie, że w trendy wpisuje się biała kuchnia na wysoki połysk i styl glamour. W takich wnętrzach boisz się czegokolwiek dotknąć i gdziekolwiek usiąść, żeby tylko nic nie pobrudzić. Ja chciałem uzyskać inny efekt. Stworzyć wnętrze, którego nie ma w katalogach i myślę, że to mi się udało.

Zdecydowanie. Które przedmioty są dla Ciebie najważniejsze?

Krzesła Mundus Thonet – każde inne, a jednak świetnie razem wyglądają, mam do ich słabość. Poza tym odrestaurowany fotel lisek i stare wyczyszczone drzwi. Mają niezwykłe klamki – u góry anioł, a na dole diabeł. Kto teraz ma u siebie takie arcydzieło?

Zawsze podkreślasz, że zależy Ci, żeby każdy czuł się tu jak w domu. Jak myślisz, co sprawia, że tak właśnie jest? Co nadaje mieszkaniu taki swojski, domowy klimat?

Koty, koty i jeszcze raz koty. Dom bez kota to głupota. A tak serio – chyba wszystkie stare elementy razem i zdjęcia przodków. To powoduje, że czujesz się, jakbyś przyszła w odwiedziny do wujka czy do babci.

W tym roku rozpocząłeś studia związane z aranżacją wnętrz – studiujesz architekturę wnętrz z elementami florystyki. Czy to oznacza, że planujesz zająć się tym zawodowo?

Tak. Już podczas urządzania swojego mieszkania czułem, że sprawia mi to niesamowitą przyjemność, traktowałem to jak dobrą zabawę. Ale urządzanie mieszkania dla kogoś to co innego – bez znajomości odpowiednich programów i ogólnych zasad aranżacji mogłoby być trudno. Dlatego postanowiłem zacząć od podstaw i zaznajomić się z teorią. Sądzę, że to była dobra decyzja, bo po emisji materiału z moim udziałem w Dzień Dobry TVN zgłosiło się kilku śmiałków, którzy poprosili o pomoc w tej kwestii. Myślę, że to będzie fajna przygoda.

Dziękuję Ci za rozmowę.

ZDJĘCIA: Kamil Żurek