Czy żyjąc na co dzień w Anglii można wybudować dom w Polsce? Można! Kamila zdradziła nam, jak udało jej się tego dokonać. Opowiedziała również o swojej największej pasji – stylizacji mebli – oraz o miłości do brytyjskiego stylu aranżacji wnętrz. Zapraszamy do lektury!

Zakotwiczeni: Zajmujesz się stylizacją mebli. Skąd wzięła się ta pasja? Jesteś samoukiem? To hobby czy sposób na życie?

Kamila: Nie będę oryginalna, jeżeli powiem, że od dziecka miałam zamiłowanie do prac plastyczno-technicznych. Nie spodziewałam się jednak, że kiedyś będę pracowała z meblami, co też jeszcze parę lat temu nie było tak popularne jak obecnie. Gdy zaczęliśmy budować dom, miałam bardzo dużo czasu, by zastanawiać się nad aranżacją. Na wizję wystroju wnętrz wpłynęło to, że mieszkaliśmy w Anglii. Pomogło to również rozwojowi mojej pasji. Anglicy lubują się w starych meblach, które świetnie wyglądają zarówno w nowoczesnych, jak i tradycyjnych wnętrzach. Jest tam mnóstwo sklepów z uroczymi meblami shabby chic, domów aukcyjnych oraz targów staroci (tzw. carboot). Pamiętam, jak kupiłam swój pierwszy mebel – secesyjne biurko, które mam do dziś – i podjęłam się jego renowacji, ponieważ wtedy stylizacja nie była jeszcze tak popularna. Później zaczęłam oglądać filmiki instruktażowe na Youtube, aby zdobyć wiedzę na temat farb. Jednak najlepiej uczy się w praktyce i prawie za każdym razem wychodzą jakieś błędy, których staram się unikać przy kolejnym projekcie. Najpierw robiłam meble dla siebie, z czasem zaczęłam myśleć o tym poważnie.

Jak wygląda Twoja pracowania?

Moja pracownia znajduje się u mnie w domu. To dla mnie najlepsze rozwiązanie, bo mam małe dziecko i muszę ciągle z nim być. Czasami nawet robię drobne prace tapicerskie albo decoupage w kuchni, kiedy ogląda bajki. Dla osób tak zapracowanych jak ja każda chwila jest na wagę złota. W pracowni stoi trochę mebli, które czekają na stylizację, natomiast resztę przechowuję w magazynie. Ukończone projekty trzymam w gabinecie, dzięki czemu jego wystrój ciągle się zmienia.

A czy w innych pomieszczeniach także pojawiają się stylizowane przez Ciebie meble? Jak często modyfikujesz aranżację? Które elementy są stałe?

Stałe elementy to na pewno kuchnia, sofy, meble kolonialne na dole i na górze. Poza meblami w gabinecie najczęściej zmieniana jest komoda w holu. Lubię też bawić się dodatkami – często zmieniam zasłony, dywany oraz… lustra, których aktualnie mam 9. Dom nie jest jeszcze w pełni zaaranżowany. Myślę, że w tym przypadku będzie jak z obrazem artysty – ciągle niedokończony, bo nie mogę sobie powiedzieć „dobra, to już jest skończone i tak zostanie na zawsze”. Przy okazji każdych dużych zakupów meblowych zawsze zostawiam coś dla siebie – niektóre rzeczy wciąż czekają na wyjście z cienia. Wszystko to sprawia, że nie ma tu miejsca na monotonię, co bardzo mi odpowiada.

Częściej stylizujesz meble, które przynoszą do Ciebie klienci czy sama wyszukujesz różne egzemplarze i sprzedajesz już po metamorfozie? Trudno rozstać się ze swoim dziełem?

W Anglii bardzo trudno było mi się rozstać z moimi pracami. Podchodziłam do tego zbyt emocjonalnie i oczami wyobraźni widziałam wszystkie meble w swoim domu w Polsce. Niektóre z nich zachowałam do dziś – choć nawet nie mają stałego miejsca i nie są super zrobione, to jednak nie potrafię się ich pozbyć. Meble kupuję w Anglii, ponieważ tamtejsze są unikatowe, zupełnie inne niż te holenderskie, które masowo napływają do Polski. W Anglii zaopatruję się też w tkaniny obiciowe, gałki, farby, dodatki do domu. Najlepiej pracuje mi się, kiedy mam wolną rękę i zazwyczaj tak właśnie jest.

A co w sytuacji, kiedy klient ma odmienną wizję od Twojej?

Czeka mnie trudne zadanie, dlatego staram się unikać takich zleceń. Z doświadczenia wiem, że pod presją oczekiwań zawsze coś wychodzi nie tak, a to wpływa też na czas realizacji projektu. Efekt końcowy i tak mnie nie zadowala, ponieważ robię coś bez przekonania. Kiedy widzę mebel, od razu rysuje mi się w głowie ogólny pomysł na niego. Później na spokojnie wszystko planuję, ale dopiero w trakcie pracy okazuje się, co z tej początkowej wizji mogę zastosować w praktyce.

 Skąd czerpiesz inspiracje?

Przez lata kupowałam angielskie magazyny wnętrzarskie („Ideal Home” lub „25 Beautifull Houses”) i w wyobraźni dekorowałam mój dom. Z czasem przerzuciłam się na telewizję, bo wreszcie powstały kanały o tej tematyce – namiętnie oglądałam je za granicą. Natomiast, moim zdaniem, obecnie to Instagram jest najlepszym źródłem inspirujących zdjęć.

A propos Instagrama. Kiedy pojawił się pomysł, aby podzielić się swoimi osiągnięciami z innymi? Inspirujesz wiele osób. Facebook, Instagram, Youtube… Prowadzenie kont wymaga wiele czasu, a – jak wspomniałaś – jesteś bardzo zapracowana. Czy ta „inwestycja” w jakiś sposób się zwróciła?

Zawsze myślałam o tym, żeby moimi małymi DIY podzielić się z innymi. Czytałam różne blogi, jednak blogerka ze mnie kiepska – postanowiłam więc założyć fanpage na Facebooku. Wtedy też tak naprawdę zaczęłam zajmować się meblami. Mimo że nie byłam ekspertem, a moja strona była poświęcona także ogrodom, to jednak cały czas rozwijałam zainteresowanie tym tematem. Niedługo po tym założyłam kanał na Youtube. Mieszkając w Anglii miałam jeszcze czas na nagrywanie i składanie filmików. Teraz niestety doba musiałaby mieć chyba 48 h. Niewątpliwą zaletą tego, że założyłam konta kilka lat temu, kiedy w Polsce ta tematyka nie była jeszcze tak popularna, jest to, że zyskałam spore grono fanów, które stale się powiększa.

Czym różni się stylizacja od renowacji? Czy zajmujesz się także tym drugim?

Nie zajmuję się renowacją, bo tu potrzebna jest znacznie większa wiedza, której jeszcze nie posiadam. Renowacja jest bardziej pracochłonna i kosztowna. Antyki zostawiam zwykle w stanie oryginalnym, ratując je trochę np. woskami. Czasami trzeba coś dorobić, dokleić, domalować, ale staram się zbytnio nie ingerować w wygląd takiego mebla. W Anglii jest trochę inne nastawienie do tej kwestii, ponieważ jest tam bardzo dużo mebli z XIX wieku i nikt nie płacze, gdy widzi wiktoriański bufet w stylu shabby chic. W Polsce jest to prawie karalne. 😉 Jednak z czasem ja też zaczęłam być przeciwnikiem zamalowywania antyków – w końcu jest ich coraz mniej.

Co w procesie stylizacji jest najtrudniejsze?

Zawsze jest to jakieś wyzwanie, bo nigdy do końca nie wiadomo, co znajduje się pod spodem starej powłoki. Jeżeli już założę sobie pewną wizję, a po oczyszczeniu okaże się, że jednak nie jest to jasne drewno tylko np. mahoń, muszę ją zmienić. Natomiast z takich fizycznych prac to szlifowanie, czyszczenie starych powłok – towarzyszy temu dużo kurzu, czasami nieprzyjemny zapach, choćby przy stosowaniu chemii czy opalarki. Niektóre gatunki drewna są tak twarde, że można godzinami trzeć mały blat stolika. Na przykład egzotyczne drewno sheesham, z którego zrobione są meble kolonialne, jest nie do zdarcia.

Czy jest jakiś typ mebli, z którym pracuje Ci się najlepiej?

Chyba nie ma takiego, bo byłoby nudno. Każdy mebel jest inny i do każdego trzeba podchodzić indywidualnie. Wiem natomiast, jakie mi się nie podobają i z tego też powodu nie zajmuję się ich stylizacją – meble mid-century i polski PRL to zupełnie nie mój styl.

W Anglii spędziłaś 12 lat. Jakie są tamtejsze meble? Lubisz styl brytyjski?

Uwielbiam! Jak już wspomniałam, niemal wszystkie meble, dodatki, zasłony, pościel, a nawet donice ogrodowe w moim domu pochodzą z Anglii. Gromadziłam je przez lata. Meble angielskie są proste, ale eleganckie. Mają lekką formę, w odróżnieniu od topornych i ciężko rzeźbionych mebli holenderskich. Bardzo lubię typowe dla mebli brytyjskich castersy. Zarówno sofy, stoły, fotele, jak i komody dzięki nim prezentują się bardzo wytwornie.

Masz jakieś ulubione metamorfozy? A może jakieś życzenie szczególnie Cię zaskoczyło?

Kiedy robię meble typu Marocco, to wiem, że efekt końcowy zawsze będzie świetny. Myślę, że to już taki mój Trade Mark 😊 i najczęściej wykonywana przeze mnie stylizacja. Można wtedy zaszaleć z kolorami, szablonami i tapetami. Co do życzeń – zawsze zaskakuje mnie propozycja przemalowania wiktoriańskiego mebla na biało.

Jaki jest Twój dom?

Mój dom został wybudowany przez mojego tatę. Ma w tym 30-letnie doświadczenie i pewnie gdyby nie on, nie zdecydowalibyśmy się na budowę domu w czasie, kiedy mieszkaliśmy w Anglii. Z kolei moja mama zajmowała się półhektarowym ogrodem, który dzięki niej rósł razem z domem. Moje pierwsze wizje wyglądu poszczególnych pomieszczeń były fatalne. Teraz widzę, jak mało wiedziałam wtedy o wystroju i o tym, co tak naprawdę mi się podoba. Oglądam katalogi z sieciówek i (na szczęście) mój dom taki nie jest. Architektura budynku to klasyczny dworkowy styl, z dwoma filarami na froncie i białą elewacją. Wnętrza też są raczej klasyczne, ale z nutką nowoczesności. Na ścianach jest lamperia, na podłodze położyliśmy gres, na piętrze natomiast ciemną, drewnianą podłogę. Zdecydowana większość mebli to oczywiście meble angielskie. Poza tym uwielbiam styl amerykański. Moim zdaniem amerykańskie wnętrza to klasyka nowoczesnej elegancji. Modern classic, Hampton, Nowy Jork, Nowy Orlean – chciałabym to jakoś ze sobą połączyć… Mam XIX-wieczne antyki, meble kolonialne oraz nowoczesne. Do tego kuchnia z Ikei, ale muszę ją kiedyś zmodyfikować, aby bardziej odpowiadała mojemu stylowi. Jeśli chodzi o ogród, numerem jeden jest ten w stylu brytyjskim. Być może uda mi się kiedyś osiągnąć taki efekt.

Nadzorowaliście przebieg budowy z Anglii. Domyślamy się, że to zadanie nie należało do najłatwiejszych…

Dokładnie! Każdy urlop spędzaliśmy na budowie. 10 lat temu, kiedy zaczynaliśmy naszą przygodę, nie było jeszcze tak wielu informacji w Internecie. Trudno nam było znaleźć działkę na odległość. Chcieliśmy mieć dużo ziemi, ale niedaleko miasta. Tata przypadkiem trafił na ogłoszenie, a my zdecydowaliśmy się w ciemno. Dopiero później dostaliśmy zdjęcie J Nie znam nikogo, kto kupuje tak swoje miejsce na ziemi – we wsi, z którą nigdy nie miał nic wspólnego, bez wcześniejszego oglądania. Po przyjeździe do Polski okazało się, że najpierw musimy wynająć fadromę, żeby zrobiła dojazd do działki. Wszystkie media musieliśmy pociągnąć z drogi głównej. Brakowało kanalizacji i linii telefonicznej. To wygenerowało ogromne koszty, które trzeba było ponieść na początku.

Ale nie żałujecie swojej decyzji?

Po wielu latach spędzonych w wielkim mieście doskwierają nam pewne braki związane z życiem na wsi, takie jak komunikacja podmiejska, brak sklepów, pubów. Jednak widok na las, bażanty chodzące po trawniku, biegające sarny i ogólna swoboda wynagradzają to z nawiązką. Pewnie gdybyśmy po powrocie do Polski mieli zacząć wszystko od zera, wybralibyśmy mniejszy dom gdzieś w mieście. Bardzo się cieszę, że wyszło inaczej, bo osiągnęłam cel, który założyłam sobie 10 lat temu – pomimo przeciwności, odległości, dużych kosztów i ciężkiej pracy naszej i moich rodziców.

Bardzo dziękujemy za rozmowę!

ZDJĘCIA: Kamila Tajs-Didyk